Dobry temat podbijam.
Zacznę chronologicznie:
* W wieku niemowlęcym miałem problemy z zasypianiem, ojciec mnie woził swoim maluchem po osiedlu bo w samochodzie zasypiałem natychmiastowo, warkot silnika małego fiata był skuteczniejszy niż najsłodsze kołysanki

* Skakałem w łóżeczku dziecięcym prosząc by mnie ktoś wypuścił, gdy w tv usłyszałem muzyczkę z ramówki wiadomości na tvp1
* Prawie wybiłem najlepszemu kumplowi oko, gdy rzucaliśmy kamieniami do kałuży (stanie naprzeciwko siebie po drugiej stronie podwórkowego bagienka to nie był dobry pomysł)
* W ramach oszczędności rodzice wrzucali mi młodszego brata do wanny i pluskaliśmy się razem wyrywając sobie gumowe kaczki z łap itd. ale hitem wszechczasów było gdy mój bracholek puścił bąka pod wodą, a po chwili na powierzchnię wody wypłynął malutki brązowy okręt podwodny

Aż przypał mówić

Pamiętam tylko że popłakałem się ze śmiechu i od razu wyskoczyłem z wanny krzycząc na całe mieszkanie: "mamo! Maciej zesrał się do wanny!"
* Jak miałem 7 lat śniło mi się że wstałem i poszedłem się wysikać do WC- to był bardzo realistyczny sen, nie muszę tłumaczyć co mi się przytafiło

* Kiedyś często chodziliśmy z kolegami na działki by zrobić "pachtę" i pożywić się cudzymi jabłkami itp. Niestety raz jednego z nas złapał właściciel i tak nim potrząsnął że ten ze strachu... patrz punkt wyżej

* Kiedy zostawaliśmy z moim rudowłosym przyjacielem sami w domu rzucaliśmy kasztanami w ludzi i chowaliśmy się, zerkając po chwili z okna by zobaczyć nasze przypadkowe ofiary. Zaprzestaliśmy tej praktyki, gdy pewnego razu dobrze zbudowany facet wpadł rozwścieczony do nas do mieszkania, a pech chciał że nie przekluczyliśmy akurat drzwi... Byliśmy śmiertelnie przerażeni na szczęście facet nas tylko porządnie opier...lił
* Kolejną głupią zabawą było rzucanie ogryzkami z balkonu tak by trafić na balkon sąsiadów z naprzeciwka. Bawiłem się w najlepsze gdy z okna obok zerknął sobie akurat mój ojciec. Kolor paska jaki miał założony starszy tego dnia pamiętam do dziś
* Moją 1szą sympatię zapoznałem na wakacjach na początku lat 90tych, w bardzo nietypowy sposób...
Rzucaliśmy piłkami do tego samego kosza, z tymże ona uczyła młodszą siostrzyczkę jak ma to robić, a ja próbowałem im zaimponować rzucając z dystansu. Raz przesadziłem z siłą rzutu i piłka odbijając się od tablicy z impetem trafiła małą prosto w twarz (polała się krew z nosa)
Więcej grzechów młodości nie pamiętam...
PS. Godnie opisałem mego 100tnego posta