Gdy przez okno wpadają słoneczne promienie wiosennego słońca, konsola cichutko cyka a w głośnikach słychać japońskie rytmy najnowszej odsłony Konami - Winning Eleven 10. Jest to ostatnia cześć, która wyszła na current-geny. Tym razem ekipa tworzącą ową serię wypuściła swoje najnowsze dzieło na rynek nieco wcześniej, bo przed wakacjami oraz piłkarskim świętem- Mistrzostwami Świata, uprzedzając tym samym ekipę EA, która ciągle pracuje nad mundialową wersją Fify. Przechodząc jednak do samej recenzji gry, tym razem Japończycy wysilili sie nad intrem, które jednak doskonałe nie jest (Pro 2 i 3 rulez), postaciami przewodnimi są: Zico oraz Nakamura. Intro jest przejrzyste i bardzo czytelne. Doszły dwa nowe tryby tj. International Chalange oraz Random Match. W tym pierwszym możemy wybrać jedną z wielu reprezentacji piłkarskich i od eliminacji, aż do samych MŚ dotrzeć do finału, który powinniśmy wygrać. Dodatkowym smaczkiem tego trybu jest możliwość powoływania piłkarzy oraz wycofywaniu ich z kadry(w zależności od formy, umiejętności albo jak ktoś woli swojego ulubieńca, patrz Janas-Rasiak) i jak wcześniej wspomniałem Naszym głównym celem jest wygranie finału. Natomiast Random Match, hmmmm jakby to ująć, jest to opcja w której komputer automatycznie losuje Ci drużynę oraz puchar,bądź ligę w której zagrasz (to opcja dla niezdecydowanych). Także w tej jak i poprzedniej wersji pojawi sie Nippon Chalange (znana dla miłośników serii WE) tutaj mamy okazje wcielić się w trenera/menadżera reprezentacji Japonii prowadząc ją przez Puchar Azjii, eliminacje MŚ, oraz same Finały(tryb bardzo podobny to International Chalange).
Konami w tej części wykupiło licencję na nowe drużyny tj. Bayern Monachium, Rosenborg Trondheim oraz FC Kopehaga a z reprezentacji Holanda, Hiszpania, Argentyna, Włochy. Absolutny debiut w WE 10 zaliczą ekipy Angoli, Ghany, Toga oraz Trynidad i Tobago. Natomiast nie pogramy sobie RPA, Marokiem, FC Brugges, CKS Moskwą czy też Shaktarem Donieck. Na pewno nie pojawi sie żadna nowa liga na licencji, ujrzymy te same, co w Pro Evolution Soccer 5 ( Hiszpańska, Włoska, Holenderska oraz dwa zespoły Angielskie: Chelsea Londyn i Arsenal Londyn ).
Przechodząc do aktualizacji składów tym razem panowie z Konami nie popełnili błędów w polskiej S-Kadrze możemy ujrzeć min. Frankowskiego, oraz w klubach na całym świecie opierając ustawienia na zimowym okienku transferowym, z pewnością mogę stwierdzić ze jest to najlepsze posunięcie wypuszczając serie właśnie teraz a nie w wakacje, kiedy co raz to jakiś piłkarz zmienia klub.
Przechodząc do rozgrywki meczowej tym razem Japońska firma ulepszyła znacznie Game Play, który spodoba sie zapewne wielu fanom, sędziowie nie gwiżdżą tak często, co automatycznie przyśpiesza, ewidentnie można zauważyć różnicę między graczami pokroju Shevy a np. Wichniarka. Tym razem Konami postawiło bardziej na rozgrywkę indywidualną, rajdy po skrzydłach przedzieranie się przez zawodników nie rezygnując tym samym z pracy zespołowej. Skoro mowa o grze ofensywnej należy wskazać nowy zwód który ujrzymy w 10 części serii, z którego korzystał niegdyś Matthews (ucieczka z piłka w bok przypominająca flip-flap Ronaldinho). Poprawiono także walkę o górne piłki, jak i gre w defensywie, dzięki czemu rozgrywka nabiera swoistych rumieńców. Do gry wprowadzono także szybkie rozegranie rzutu wolnego bez żadnych ceremonii ( ustawianie muru, czekanie itp). Jednak najprzyjemniejszą rzeczą, którą zauważyłem na przestrzeni serii jest kapitalna gra bramkarza, który wręcz gryzie murawę by piłka nie zatrzepotała w siatce. Parady jedna ręką, tzw. fingersave. Podczas gdy bramkarz w Pro 5 wybijał piłkę na bok pozostawał leżąc na murawie patrząc jak napastnicy dopychają piłkę do siatki, w tej części golkiperzy po niefortunnym wybiciu próbują naprawić błąd rzucając sie pod nogi przeciwnika czy tez rzucając sie szczupakiem łapiąc piłkę, która leży z dwa metry od niego. Kapitalnie wykonywane rzuty wolne czy strzały z dystansu podkreślają grywalność tej gry.
O takich elementach jak nowe animacje czy też stadiony ( Santiago Bernabeu i Allianz Arena) nie ma co wspominać, gdyż jest to kolejną poprawka kosmetyczna w serii. Dla fanów, którzy niezbyt trawią japońską serię pozostaje czekać na Pro Evolution Soccer 6, które pojawi się na jesień bieżącego roku, jednak proponuję sięgnąć po woy tytuł który z pewnością powinien znaleźć się na Waszych półkach. Sumują krótko panowie z Konami w wielkim styul pożegnali się z current- genami fundując nam iście szampańskie widowisko sportowe na bieżące MŚ. Dzięki za uwagę ;).