QUOTE(Karol Johnn @ Aug 12 2006, 22:20:34) [snapback]84058[/snapback]
Lucio: Dno? Bez przesadymzu- powiedzmy, że co najmniej 30 tyś ludzi co chodzi na każdą kolejkę extraklasy nie zgodzi się z Tobą.
No dobrze te 30 tys. ludzi moze tak nie sadzi ale ja porownuje do innych lepiej i prezniej rozwijajacych sie lig, bo nasza jest w stagnacji a nawet idzie w dol, niestety taka prawda, a wyznacznikiem mojej tezy jest brak awansu do LM zadnego z naszych mistrzow od 10 lat, trzeba przeprowadzic gruntowne zmiany, a zaczac od zarzadzajaych...
pzdr
Ja tam sie nie martwię- awans do LM prędzej czy pózniej, przypadkiem czy nie napewno będzie:) Ja tam polską ligę Kocham:) Mam nadzieje że sie doczekam kiedyś informacji: Prezes PZPN Michał L. pseudonim Listek został zatrzymany pod zarzutem korupcji i handlowania meczami w extraklasie:) a to coś co powinno Ciebie zainteresować- felieton z GW z czerwca:)
Stec: Australijski cud, czyli po trupie do życia
Powiedzieć, że Johnny Warren był największym australijskim piłkarzem, to nic nie powiedzieć. Pomnikiem stał się już za życia, a ludzie go uwielbiali także za misję, jaką realizował po zakończeniu kariery.
Warren nie znosił działaczy sportowych. A raczej - nie tyle czuł wstręt do wszystkich działaczy świata, ale do tych, którzy kierowali australijską federacją piłkarską, czyli odpowiednikiem naszego PZPN-u. Wymyślał im od ignorantów, wytykał prywatę, oskarżał o konsekwentne, bezlitosne obracanie w ruinę tamtejszego futbolu.
Dzieło zniszczenia rozpoczęli oni tuż po pamiętnym roku 1974, kiedy debiut na mundialu zdawał się otwierać złotą epokę. Nie otworzył, nastały wieki ciemne zainicjowane przez wybór nowego selekcjonera reprezentacji. Dokonało go dziesięciu terenowych działaczy, choć aż połową z 24 głosów dysponowali przedstawiciele dwóch stanów - Nowej Południowej Walii i Wiktorii. To oni, zaprawieni w gabinetowych bojach, rozegrali mistrzowską partię, wycinając merytorycznie przygotowanych kandydatów - z Warrenem na czele - którzy nie gwarantowali świętego spokoju i przyjemnych lat bezczynnego ugniatania stołków. Konkurs wygrał niejaki Jimmy Shoulder, 29-latek, który mieszkał w Australii od czterech miesięcy, widział jej reprezentację trzykrotnie i nigdy wcześniej nie spróbował pracy z seniorami. Teraz wreszcie dostał szansę. Warunek: nie wychylać się.
Wojna Warrena
Najpierw przyszło 0:1 w stołecznej Canberrze z Hongkongiem. To był nokaut, klęska traumatyczna jak - nie przymierzając - porażka polskich piłkarzy z Łotwą w eliminacjach Euro. Przez następne dwa lata selekcjonera wymieniano jeszcze trzykrotnie.
Warren wytoczył szefom federacji wojnę - jak się okazało - niemal 30-letnią. Krytykował dosadnym i barwnym językiem, był autentyczny, wiarygodny, oddany sprawie - siedząc w telewizyjnym studiu, po przegranym barażu o MŚ z Iranem zaniósł się szlochem. Sympatię budziła nawet jego językowa maniera, nakazująca mu bez ustanku powtarzać zwrot "I told you so", czyli "A nie mówiłem?". Intrygował, rzucając szaleńczo brzmiące hasła lub wizjonerskie pomysły. Powtarzał, że Australijczycy nie powinni mierzyć w awans na mundial, lecz złote medale, i apelował, by reprezentację przenieść ze strefy Oceanii do... Azji.
Warren rozumiał, że rywalizacja z wysepkami, które zaraz po meczu mogą zatonąć, ani nie przyniesie chwały, ani niczego piłkarzy nie nauczy. Triumfy nad Nową Kaledonią (11:0), Fidżi (8:0), Tahiti (9:0), Tonga (22:0) czy Samoa Zachodnim (31:0) wpędzały go w zakłopotanie, a sens istnienia Konfederacji Futbolu Oceanii sprowadzał do karmienia kierujących nią działaczy. Jego rodacy od zawsze mieszkali zbyt daleko, by kogokolwiek namówić na pokopanie piłki na serio - przecież gdyby Ziemia była płaska, to Australia leżałaby pewnie nie tyle na krańcu świata, co gdzieś pod spodem i kapitan James Cook w ogóle by do niej nie dopłynął.
Piłkarze z antypodów strzelali zatem sympatycznym przeciwnikom z archipelagu Wysp Cooka 17 goli, by potem przegrywać baraż o mundial z piątą drużyną Ameryki Południowej. A wzajemnie się wspierający szefowie federacji trwali. Nie potrafili znaleźć sponsorów dla zawodowych rozgrywek, lenistwem i brakiem konceptu spychali futbol na margines, utajniali związkowe finanse, zatrudniali selekcjonerów, którzy pośredniczyli w handlu piłkarzami kadry, sami też nie byli zresztą poza podejrzeniem.
Akcja ratunkowa
Kiedy interweniować usiłował rząd, potrząsali regulaminem FIFA, który pod groźbą wykluczenia z rozgrywek międzynarodowych zabrania ingerować w autonomię federacji krajowych. W grudniu 2002 wydawało się, że staną się nietykalni po wsze czasy. Oto FIFA przyznała strefie Oceanii jedno miejsce w finałach MŚ, co było działaczowskim sukcesem epokowym, bowiem praktycznie gwarantowałoby Australii stałą obecność na mundialu. I miliony dolarów zysków dla federacji. "Wychodzony" sukces polityczny zbiegł się z tamtejszego futbolu stanem krytycznym. Po przegranych mistrzostwach regionu z Nową Zelandią kadra wyrżnęła o dno, związek zsunął się w finansową zapaść, ligi nie transmitowała żadna telewizja.
Podarowane przez los miliony utrwaliłyby status quo na długie lata, ale los się wreszcie odwrócił. FIFA decyzję cofnęła, federacja zbankrutowała, a minister od sportu zarządził generalny przegląd australijskiej piłki nożnej i akcję ratunkową, do prowadzenia której zaprosił m.in. Warrena.
Po tygodniach lokalnych narad - publicznych! - z ludźmi futbolu powstał diagnozujący chorobę raport i 53-punktowy plan terapii. Po czterech dekadach panowania dynastia pasożytująca na australijskiej piłce nożnej została usunięta, a na czele nowych władz stanął John O'Neill, który co prawda ledwie kilka razy w życiu zajrzał na futbolowy stadion, lecz błysnął organizacyjnym talentem jako prezes związku rugby.
Minęły trzy lata i ...
Nowe profesjonalne rozgrywki wsparte intensywną kampanią marketingową zyskały zawrotną popularność - frekwencja na stadionach wzrosła o ponad 200 procent. Slogan "To futbol, ale nie taki, jakim go znaliście" skierowano do młodych, którzy dorastali w przeświadczeniu, że kopanie piłki to sport dla "kobiet, gejów i obcokrajowców".
Reprezentację objął fantastyczny fachowiec Guus Hiddink, który nie tylko wprowadził ją - po raz drugi w historii - na mundial, lecz natychmiast awansował do drugiej rundy.
Azjaci zaprosili Australię do swojej konfederacji. Przekonał ich argument, że rozszerzą zasięg oddziaływania sponsorów i będą mogli żądać większych pieniędzy. Tym samym od słynnego roku 2006 dla bojów z Samoa Zachodnim pozostało już tylko miejsce w anegdotach. Od teraz piłkarze z Antypodów muszą regularnie bić się z Japonią, Koreą czy Iranem.
Minęły trzy lata i wszystkie cele - jasno sformułowane tuż po rewolucji - zostały osiągnięte.
Johnny Warren mundialu nie doczekał. Od lat odpalał papierosa od papierosa i w 2004 roku zmarł na raka. Przed śmiercią zdążył się jeszcze zwierzyć z najskrytszego marzenia - chciał zobaczyć, jak australijscy piłkarze grają na mistrzostwach świata z Brazylią.
Zagrali tydzień temu, a z monachijskich trybun powiewały transparenty z napisem "I told you so", czyli "A nie mówiłem?" Wdzięczni fani już wiedzą, że Warren się nie mylił. Marzenia nigdy nie powinny kończyć się na awansie do mistrzostw świata.