Zawsze kiedy siada się do pisania recenzji powinna piszącemu towarzyszyć kartka ze spisem plusów i minusów recenzowanego obiektu. Elementarne zasady obiektywności wymagają, aby w największym syfie szukać porządku i ładu, aby w każdym genialnym tworze znaleźć to, co może dla kogoś okazać się wadą.
Najciężej ocenia się więc rzeczy drastycznie słabe i ponadczasowo dobre.
W przypadku, gdy do zrecenzowania trafia się pozycja genialna, której dodatkowo recenzent jest fanem, rodzi się problem. Bo jakże być obiektywnym, kiedy mamy do czynienia z czymś, co się wielbi?
Niczym jest problem maluczkiego recenzenta wobec problemu, z jakim zetknęła się ludzkość.
Kolejna cywilizacja podupadła.
Oto bowiem twór powstały z ekstrementów sinic, zwany powszechnie jako wirus Homo Sapiens, notorycznie łamie międzygalaktyczne prawo, doprowadzając swoją rodzimą planetę do eko-społecznej katastrofy.
Do zbadania sprawy zostało wysłanych dwóch odzianych w biel agentów (a jakże! niechaj i tu znajdą się agenci) Centralnego Ośrodka Sterującego Wszystkim. Owi biali jeźdźcy to dwie zupełnie przeciwstawne sobie charaktery. Z jednej strony L.U.C, którego układ generujący słowotok znajduje się w łokciu, a który to w raporcie opisuje swoim, poplątanym jak sieć telekomunikacyjna, językiem sprawy metafizyczne, ezoteryczne i duchowe.
Z drugiej zaś Rahim, który skupia się na rzeczach i sprawach prostych, przyziemnych. Na rzeczach, których często nie dostrzega zupełnie poplątany umysł jego partnera.
Białym rycerzom towarzyszy także kilkoro ziemian, którzy nie godzą się na sytuację, jaka wokół nich panuje. Do najznamienitszych bojowników o przebudzenie zaliczyć trzeba Marię Peszek, której wokal w Hemoglobinę godnie cudo, jakim była Natalia Grosiak i jej Sen (dla niezorientowanych, chodzi tu o utwór z solowej płyty L.U.C - Haelucenogenoklektyzm - Przypowieść o Zagubieniu w Czasoprzestrzeni).
Liryka, która trafia do naszego umysły jest tak różnorodna, tak poplątana (głównie partie L.U.C), iż dzieła nie da się ogarnąć po kilku z nim kontaktach. To nie jest reklamówka hipermarketu, która się przegląda i wyrzuca. To nowa Księga Tajemnicza, nie bójmy się tego stwierdzenia.To, parafrazując słynne hasło reklamowe: psychorap redefined.
Sztuka definicji nie szuka, bo to nie nauka.
Misja przebiega w akompaniamencie skrzypiec, wiolonczeli, instrumentów dętych, kontrabasu i Bóg jeden wie czego jeszcze.
Dźwięki towarzyszące eskapadzie białego duetu ciężko jednoznacznie zdefiniować i nazwać. Najłatwiej określić je mianem hip-hopu. Nie będzie to jednak precyzyjne. Do naszych uszu dobiegają bowiem wspomniane wcześniej instrumenty dęte, smyczkowe, ponadto jest mocno trip-hopowo, trochę dubu. Za wszystko to odpowiada L.U.C, nie dziwi więc, że nasze uszy łechtane są równie intensywnie i przyjemnie co umysł. Całość idealnie wpisuje się w system czterech galaktyk (liryka, muzyka, grafika, film). Od początku słychać, iż mamy do czynienia z opowieścią audiowizualną. Jej pierwszy etap to zapoznanie się z dźwiękami, drugim będzie obraz (jak powszechnie wiadomo, dobre dźwięki rozchodzą się w przestrzeni szybciej, niż obraz). Wysłańcy niebios wrócą na ziemię już 8 listopada, aby zdać raport przed ziemskim sądem. To właśnie ziemianie zgromadzeni we wrocławskim Capitolu ocenią, czy praca nad raportem nie była tylko marnotrawstwem czasu i niepublicznych pieniędzy. To oni ocenią czy Homo Sapiens zda Homoxymoronomaturę...